Informacja o katastrofie samolotu spadła jak grom z nieba. Tragiczna śmierć ludzi z różnych środowisk politycznych bardzo szybko zaczęła urastać do rangi symbolu. Większość z nas uważała, że jest w tym przeżyciu, szczególny znak. Omen będący przestrogą dla polityków i mediów, którzy w swojej zapalczywości coraz bardziej skłócali naród. W efekcie żywiliśmy do pasażerów krańcowo różne uczucia. Wielu z nich mieliśmy powyżej dziurek od nosa. Już wcześniej, zniesmaczony zachowaniem radykałów, ale też i odzewem rodaków, wyrażałem opinię, że każde społeczeństwo chyba potrzebuje co jakiś czas przeżyć apokalipsę. Jeżeli nie potrafimy zrozumieć co jest najważniejsze w życiu, nie potrafimy wyciągać wniosków z naszej historii, z dramatów innych narodów, to jak ćma lecimy do ognia. Musimy poczuć się zbici, jak ten przysłowiowy pies, aby podkulić ogon i przestać szczekać na innych. Reakcje w pierwszych godzinach i dniach po katastrofie wskazywały na początek odnowy. Próby jątrzenia były marginalne. Nawet tak mocne oskarżenia jak: „krew na rękach”, w atmosferze żałobnej zadumy wywoływały gesty politowania dla ich autorów. Kampania prezydencka była prowadzona wzorowo i w miarę godnie. Sami wyborcy, szczególnie ci co od święta śledzą życie polityczne, nabrali przekonania o odmianie. Byli skłonni uwierzyć, że Kaczyńscy, a szczególnie Prezydent, byli ofiarami nagonki polityczno-medialnej. Nagle z pieniaczy stali się wybitnymi mężami stanu i patriotami. Dzisiaj wiemy, że była to sztuczka mająca dać urząd prezydencki. Rozumiem, że w rywalizacji o władzę stosuje się różne chwyty. Uwypukla się najsłabsze ogniwa konkurenta, sukcesy się umniejsza. Gra się przede wszystkim na emocjach. Niech się kandydat broni. Niech przewiduje ataki. Władzę nie może sprawować mięczak, gdyż życie będzie wciąż egzaminowało zwycięzców. Jednak w każdej walce są pewne granice. W polityce również. Nie wolno okłamywać ludzi; nie można stosować brudnych metod w imię szczytnych celów; nie wolno skłócać narodu. Rozbudzanie negatywnych emocji skutkuje zanikiem rozsądku i tolerancji. Dochodzi do rozkładu wspólnoty. Nie wierzę, abyśmy nadrobili zaległości gospodarcze i zatarli różnice bytowe bez zgody i współpracy. Tym bardziej nikt mnie nie przekona o swoim patriotyzmie, jeżeli dzieli współmieszkańców na różne kategorie. Jeżeli uzależnia przekazanie znaku pokoju od spełnienia własnych żądań. Jeżeli wywyższa siebie nad innych. Takich osób nigdy nie poprę, bez względu na używane przez nich symbole.
P.S. Naśladujmy innych